O współpodróżniczkach i współpodróżnikach. Dla wszystkich, którzy lubią postsowieckie klimaty i wierzą, że nie ma nic bardziej fascynującego niż inni ludzie
czwartek, 29 października 2009
Święta poradziecka stabilność

Gdy zapakowaliśmy się już do wielkiej starej wołgi Fazila, Sona, jego żona, nabrała plastikowy czerpak wody – taki, jakiego w całym byłym Sojuzie używa się w bani. Polewając nim odjeżdżający z nami samochód miała łzy w oczach. Żegnanie gości wodą to stary azerski zwyczaj. – Żeby wszystkie kłopoty spłynęły po was jak woda i żebyście wrócili do nas tak szybko jak płynie woda – tłumaczył nam Fazil. -

Tuż za rogiem wołga kaszlnęła kilka razy i stanęła. – Benzyna. A wskaźnik pokazuje jeszcze pół baku. Cholerna radziecka produkcja. Zimą sprzedaję tego rzęcha i kupuję zagraniczny– mamrotał Fazil bez złości. Już drugi dzień spóźniał się przez nas do pracy. Przez dwa dni, kiedy u nich mieszkaliśmy, cała rodzina jadła z nami śniadanie. Ostatniego dnia Fazil jeszcze czekał, aż się zbierzemy, żeby odwieźć nas na autobus do Baku. Teraz poleciał na stację po butelkę z benzyną. Wrócił taksówką. Nie żeby mniej spóźnić się do pracy, tylko, żebyśmy my zdążyli na wygodniejszy, państwowy autobus. Na dworcu pomógł nam się zapakować, donosił nam z bagażnika siatki, które jego żona wypchała owocami, słoikami z konfiturą i słodyczami dla Witka. Poczekał do samego odjazdu i dopiero gdy kierowca włączył silnik, Fazil pożegnał się z nami i odjechał.

Nie było w moim blogu takich scen. Nie opisałam, jak Inga z Irkucka zaprosiła całą naszą trójkę do siebie na noc, mimo, że mieszkała w ciasnym pokoiku wynajmowanego mieszkania, które dzieliła ze współlokatorką. Nie wspomniałam, że w Omsku, gdzie są brudne klatki schodowe i gdzie car więził Dostojewskiego, poznaliśmy Maksima i Żenię. Przyszli specjalnie na dworzec, żeby wyprawić nas w dalszą podróż, do Kazachstanu. Przynieśli nam na pożegnanie czekoladę, sok i magnes z widoczkiem Omska. Nie wkleiłam nawet zdjęcia chłopczyka z pamirskiego Murghabu – syna naszych tamtejszych gospodarzy. A tak ładnie opiekował się Witkiem. Na spacerze prowadził go za rękę i kiedy dowiedział się, że Witek, z powodu wysokości (Murghab położony jest ponad 3500 metrów nad poziomem morza) może się gorzej czuć, chciał go nawet nieść na barana mimo, że nasz syn, choć o połowę młodszy, był prawie jego wzrostu.

Takich dobrych, serdecznych i bezinteresownych ludzi spotkaliśmy jeszcze przez te cztery miesiące wielu. Wbrew temu, co można by pomyśleć wyłącznie czytając nasze blogi, ta podróż nie była pasmem udręki. Oprócz brudu, bylejakości, skorumpowanych urzędników i kłamliwych mediów zauważaliśmy też niesamowitą przyrodę, cieszyliśmy się słońcem i wakacjami. Do końca życia nie zapomnę, jak pierwszy raz zobaczyłam dolinę Wachanu. Z suchych, bezludnych gór zjeżdżaliśmy między zielone łąki i wioski. W Jamgu poznaliśmy Wakila. Opowiadał nam o Mubaraku Wachanim, swoim przodku. Słynnym pamirskim myślicielu i poecie, który na tym końcu świata stworzył własną ismailicką wersję sufickiej filozofii, rozmyślał nad istotą Boga i grał na skrzypkach w kształcie człowieka, wyrzeźbionych z jednego kawałka drewna.

Przejechaliśmy prawie całą granicę byłego ZSRR. Od Kamczatki, poprzez Syberię, Azję Środkową i Kaukaz. Ostatnie kilka godzin naszej podróży spędziliśmy nawet w kolejnej byłej rubieży – na Łotwie, a dokładniej, na ryskiej starówce. Mało pisaliśmy o dobrych rzeczach, które nas spotkały. Uznaliśmy, że ważniejsze są te złe. Bo to one sprawiają, że tyle milionów ludzi, dwadzieścia prawie lat po upadku ZSRR, żyje nadal w takiej nędzy i poniżeniu. A jeśli nawet nie w nędzy, to w tandecie. W świecie odpadających kafelków, śmierdzących sraczy, notorycznie wyłączanego prądu, dziurawych dróg, chamskich sprzedawczyń, bezdusznych urzędników i absurdalnie wysokich cen.

Ostatnio coraz częściej słyszy się, że nie można już traktować całego byłego ZSRR jako obszaru poradzieckiego. Andrzej Brzeziecki, redaktor pisma „Nowa Europa Wschodnia” pisał w „Gazecie Wyborczej”: „Kraje, które pojawiły się na mapie świata w 1991 r., przyjęło się nazywać >terytorium poradzieckim<. Dziś to określenie powinniśmy odesłać do lamusa. Nawet nie dlatego, że trudno już znaleźć cechy wspólne dla Litwy i Kazachstanu. Traci ono po prostu polityczne znaczenie. Złe zjawiska, jakie pozostawił po sobie komunizm, nie zostały wyeliminowane, ale w coraz mniejszym stopniu decydują o tożsamości tych krajów i ich polityce międzynarodowej”.

Niestety odniosłam zupełnie odwrotne wrażenie. Jedynym wyjątkiem są w tej sferze może rzeczywiście kraje bałtyckie. Cała reszta tkwi w postsowieckości po uszy. Pozornie ta postsowieckość przyjmuje różne formy. Kazachski Nursułtan Nazarbajew udaje świeckiego technokratę, Imom Rahmon flirtuje z islamem, Islam Karimow zwalcza islamizm, a Ilham Alijew buduje drugi Kuwejt. Wszyscy zezują w stronę Rosji. Widząc sukcesy tamtejszej „suwerennej demokracji” utwierdzają się tylko w przekonaniu, że stara sowiecka zasada nieliczenia się z człowiekiem popłaca. A ten człowiek, choćby nie wiem jaki był miły, dobry, wykształcony i kulturalny, choćby nie wiem gdzie żył, w Chabarowsku, w Kyzyle, w Biszkeku czy w Samarkandzie, godzi się na to, że się z nim nie liczą.

Nie tylko w byłym ZSRR nie liczą się z człowiekiem. Znacznie więcej rządów nie liczy się ze swoimi obywatelami niż się liczy. Trik z obszarem poradzieckim polega na tym, że tam dotarła – za pośrednictwem Rosjan - kultura europejska zakładająca poszanowanie praw jednostki. Schizofreniczny system sowiecki głosił wolność, równość i braterstwo, ale jego funkcjonariusze codziennie sprawując władzę udowadniali, że wartości te nic nie znaczą.

Dzisiejsze poradzieckie rządy robią dokładnie to samo. Korzystają z tego, że życie nauczyło ludzi z byłego ZSRR nie sprzeciwiać się państwu. Dziś, ci ludzie wierzą, albo udają, że wierzą, że ich prezydenci, choć mianują swoje dzieci ministrami, ambasadorami lub nawet własnymi następcami, choć obsadzają rządowe posady wyłącznie swoimi ziomkami i robią z państwa prywatny folwark, dbają jednocześnie o pomyślność obywateli.

Żal mi wszystkich poznanych w czasie czteromiesięcznej podróży po byłym ZSRR dobrych ludzi. W czym są gorsi od nas, że muszą żyć w takim strasznym systemie? Sami są jednak sobie winni. Tak świetnie opanowali sztukę samooszukiwania się. Żyjemy w najlepszym ze światów - zdają się wmawiać sobie ciągle. „Nasz prezydent kradnie? No kradnie, ale co z tego, pewnie i wasi w Europie też kradną. Ale przynajmniej on gwarantuje nam stabilność”. „Może nasz prezydent nie jest najlepszy, ale każdy inny byłby gorszy”. Albo „Dobrze, że przynajmniej jest spokój” – podobne zdania słyszałam wiele razy. Stabilność jest odmieniana na poradzieckim obszarze wszędzie, przez wszystkie przypadki.

Fazil woli na każdym kroku poniżać się dając i biorąc łapówki, niż zagłosować na innego burmistrza. Bo nowy może być jeszcze gorszy. Wakil wie doskonale, że prezydent jego kraju faworyzuje swoich sąsiadów. Nie chce jednak, by do władzy przyszedł kto inny. Obecna horda urzędników jest już syta. Nowa, głodna pieniędzy i zaszczytów byłaby bardziej pazerna.

Dla większości mieszkańców byłego ZSRR synonimem największego koszmaru jest początek lat dziewięćdziesiątych. Wtedy naiwny homosovieticus uwierzył, że oto wreszcie nadszedł czas realizacji ideałów, którym całe życie karmiła go komunistyczna propaganda. Że oto ma możliwość samostanowienia, wolnego wyboru i kształtowania własnego losu. Lecz pozbawione twardej ręki Kremla zakątki wielkiego imperium nie były przygotowane na takie porządki. Rozpoczął się okres największego chaosu, bałaganu i biedy od czasów rewolucji. Wybuchło kilkanaście zbrojnych konfliktów i kilka krwawych wojen domowych, tysiące ludzi straciło życie, setki tysięcy domy. I gdy po kilku latach tumult zaczął gasnąć, ludzie radzieccy, którzy w między czasie stali się Tadżykami, Azerbejdżanami albo Rosjanami pragnęli tylko spokoju i stabilizacji. I po dziś dzień, w zamian za ten spokój, są w stanie znosić najgorsze upokorzenia.

Co za ironia lasu, że tam, gdzie przez 70 lat wychowywano ludzi w kulcie dla rewolucji, największym postrachem jest zmiana.

demonstracje 1991             demonstr 1991

Zdjecia z Duszanbe z jesieni 1991 roku. Na pierwszym żołnierze (rosyjscy) rozganiają demonstrantów. Na drugim meeting zorganizowany przez Partię Islamską

rahmon

Centrum Duszanbe w listopadzie 2006, tuż przed kolejnymi wyborami prezydenckimi wygranymi przez Emomali Rahmona (wtedy jeszcze Rahmonowa)

09:00, wysokieobcasy_redakcja
Link Komentarze (8) »
poniedziałek, 26 października 2009
Gruzja prawie całkiem odmieniona

Nie wierzyłam własnym oczom. Wymuskane, czyste miasteczko Signagi było tak inne od wszystkiego, co widziałam w Gruzji przed 6 laty.

Wtedy, w lecie 2003 roku, przypłynęliśmy do Gruzji promem z rosyjskiego Soczi. Kraj, który zobaczyliśmy, wydał nam się najbardziej zniszczonym, zaniedbanym, brudnym i nieszczęsnym krajem, jaki kiedykolwiek odwiedziliśmy. Wszechobecne ruiny, koszmarnie dziurawe drogi i podupadłe miasta - Poti, Zugdidi i Kutaisi - porównywałam z doświadczonym pięcioletnią wojną domową Tadżykistanem albo z odległą Syberią. Porównania zawsze wychodziły na niekorzyść Gruzji.

Kilka miesięcy po naszym pobycie wybuchła słynna Rewolucja Róż. Zmienił się rząd, wprowadzono liberalne reformy. Nową prozachodnią Gruzją zainteresowali się zachodni inwestorzy i politycy. Gruzja stała się modna. Artyści – także polscy – zaczęli tu robić swoje projekty, przyjeżdżali dziennikarze, miłośnicy wina i dobrego jedzenia. Amatorzy przygód i folkloru z całego świata. Gruzińscy politycy brylowali co roku na Forum Ekonomicznym w Krynicy.

Prasę Gruzji popsuła nieco kłótnia prezydenta Saakaszwilego z Nino Burdżanadze i innymi towarzyszami czasów przemian oraz wybory zorganizowane bez udziału dostatecznie wielu wolnych, niezależnych mediów.

Gdy ponad rok temu wybuchła wojna, świat trzymał stronę sympatycznych, wesołych Gruzinów. Krytykowano Saakaszwilego za idiotyczne wymachiwanie szabelką przed Rosją, ale dla wszystkich było oczywiste, że bombardując gruzińskie miasta i wjeżdżając czołgami na gruzińskie terytorium Rosja nie broni „własnych obywateli” a dokonuje agresji na słabszego sąsiada.

Teraz, gdy zobaczyłam kawałek Gruzji po tych 6 burzliwych latach, lepiej rozumiem decyzje rosyjskich władz z sierpnia zeszłego roku. To była desperacka (i nieudana na szczęście) próba zatrzymania we własnej strefie wpływów kraju, który nieubłaganie i konsekwentnie się z niej wymykał. Gruzja przez tych parę lat zrobiła niesłychany skok. Jeśli, przez pazerność władzy Saakaszwilego, nie był to krok do „Królestwa wolności”, było to przynajmniej wyjście z epoki postsowieckiej, w której dziś tkwi nie tylko Rosja, ale i wszystkie kraje WNP.

Podjęta już po wojnie z Rosją decyzja Tbilisi o wystąpieniu z tej organizacji była nieuniknioną konsekwencją drogi, która Gruzja obrała na pod koniec 2003 roku.

Gruzińskie nastolatki nie przypominają swoich rówieśników z innych krajów postsowieckich. Wyglądają jak hiszpańska czy grecka młodzież. Na szyldach drugim językiem jest angielski. Rosyjskie napisy prawie całkiem zniknęły. W każdym większym sklepie można płacić kartą a tbiliskie restauracje w niczym nie ustepuja włoskim czy chorwackim.

Nie wiem czy te przemiany dotyczą całej Gruzji. Ale to, co widziałam: turystyczne, wymuskane ewidentnie pod turystów miasteczko Signagi i centrum Tbilisi, zrobiło na mnie wrażenie.

Najbardziej symboliczna wydała mi się przemiana stołecznego hotelu Iveria. 6 lat temu ten stojący na jednym z głównych placów Tbilisi budynek wyglądał jak gigantyczny slums. W hotelu od wielu lat mieszkali gruzińscy uciekinierzy z Abchazji i Osetii. Balkony zawieszone były ich kolorowym praniem, część okien zabita dyktą. Dziś Iverię odremontowano, fasadę pokrywa szkło. Na placu przed hotelem - nowa fontanna i znak zapraszający do odwiedzenia kasyna. Ani śladu po dawnej gruzińskiej biedzie.

Wieczorem przekonałam się, że ślady jednak zostały. Zobaczyłam starą Gruzję. Taka jaką znałam sprzed 6 lat. Szukaliśmy taniego noclegu, żeby przespać się parę godzin przed nocnym lotem. Ktoś poradził nam hotel w okolicach dworca. Gdy weszliśmy do obdrapanego budynku wszystko, co kiedyś widzieliśmy, stanęło nam przed oczyma. Zniszczone, brudne korytarze. Pomazane ściany. Podpalone tapety i wyrwane kontakty w pokojach, a na korytarzach pełno biegających dzieci i snujących się bez celu młodych mężczyzn. - U nas mieszkają uchodźcy – wyjaśnił nam portier.

Widać nie tak łatwo zrzucić ślady trudnej postradzieckiej przeszłości. A może rząd gruziński specjalnie trzyma tych biedaków w tak opłakanych warunkach? Jako przestrogę dla wszystkich obywateli: „Zobaczcie, co z nami wszystkimi może się stać, jeśli zboczymy z niedawno obranej nowej drogi. Nie ma alternatywy, bez NATO i UE czeka nas tylko pasmo nieszczęść, wojen domowych i upokorzeń”.

Inaczej nie umiem sobie wytłumaczyć, że przez 6 lat można było odnowić całe centrum Tbilisi, zbudować ogromny nowy kościół, pozłocić figurę Świętego Jerzego walczącego ze smokiem, a nie można było wybudować mieszkań komunalnych dla garstki uchodźców z Cchinwali i Abchazji. (I dodam, że nie są to uchodźcy z ostatniej wojny).

18:07, wysokieobcasy_redakcja , Gruzja
Link Komentarze (6) »
piątek, 23 października 2009
Co dobre dla Alijewa, dobre dla Azerbejdżanu

ropa 

Pole naftowe, Baku

W Baku wybudowano niedawno gigantyczny dworzec autobusowy. Wielki niczym stadion, trzypiętrowy, z podwieszanym na grubych linach dachem. W środku wykładane kamieniem korytarze świecą pustkami. Kilka autobusów nie  zapełnia nieskończonego szeregu terminali. Miasto nie jest ogromnym centrum tranzytowym i taki dworzec nie był potrzebny.

Tak samo nie są potrzebne grube, kamienne mury wykładane ozdobnym piaskowcem, ciągnące się po obu stronach autostrady z Baku na lotnisko. - To rząd nam wybudował, żeby zasłonić brzydki widok – z dumą objaśniał  taksówkarz.

Można by się też zastanawiać, czy w kraju rozwijającym się i na dodatek naftowym warto budować znacznie droższą od asfaltowej betonową autostradę. I czy najpilniejszym wydatkiem z budżetu prowincjonalnego miasteczka Xaçmaz jest obkładanie starych czynszówek nowym gresem, podczas gdy tamtejsi urzędnicy dostają pensje po dwieście dolarów miesięcznie, a lekarze i nauczyciele nawet znacznie mniej. 

Jednak w Azerbejdżanie o dalszych losach ludzi odpowiedzialnych za to absurdalne wydawanie publicznych pieniędzy nie decydują wyborcy tylko prezydent Ilahm Alijew. Dlatego to jemu ma się przede wszystkim podobać to, co robią urzędnicy.

Boom naftowy ostatnich lat spowodował, że w azerbejdżańskim budżecie jest pełno pieniędzy. - Nie można wszystkiego wpakować do własnej kieszeni – mówi polski historyk od kilkunastu lat mieszkający w Azerbejdżanie. - Stąd te  nowoczesne, drogie konstrukcje, które mają pokazać narodowi, co dzieje się z pieniędzmi z ropy.

Upiększając ulice miast, budując dworce i drogi rząd stwarza pozory, że dba o obywateli. W rzeczywistości dba o majątki prezydenta, jego rodziny i ich nachiczewańskich ziomków (rodzina Alijewów pochodzi z Nachiczewania), którzy zajmują większość intratnych stanowisk w państwie. Żona Alijewa jest właścicielką 2 z 4 największych banków w państwie oraz popularnej sieci supermarketów. Najelegantsze samochody na ulicach, luksusowe leksusy i BMW mają na ogół rządową rejestrację AA.

By zapewnić sobie bezkarność, Alijewowie stworzyli skorumpowany system, w którym każdy obywatel staje się współwinny łapownictwa. Biorą i dają wszyscy. Płaci się za odroczenie służby wojskowej albo oddelegowanie do bezpiecznej jednostki, z dala od karabaskiego frontu. Płaci się za egzaminy w szkole i na studiach, za przyznanie renty, emerytury, zarejestrowanie samochodu i otwarcie budki z warzywami.

Niżsi urzędnicy oddają zebrane z łapówek pieniądze wyżej, do swoich przełożonych. Ci rozliczają się z poszczególnymi ministrami. W zależności od zebranego plonu, na dół wraca ściśle określona suma, bez której zwykły azerbejdżański szaraczek nie wyżył by ze swojej marnej oficjalnej pensji.

- Zanim tu przyjechałem, słyszałem, że Azerbejdżan jest skorumpowany. Wyobrażałem sobie, że polega to na tym, że jak mnie zatrzyma policjant, to zamiast płacić mandat za 100 daję mu 20 dolarów. Jak bardzo byłem naiwny... - opowiadał nam John, Amerykanin, który mieszka w Azerbejdżanie już trzeci rok. Kiedyś był wolontariuszem w amerykańskiej rządowej inicjatywie Peace Corps, która wysyła młodych ludzi do krajów rozwijających się, by uczyli dzieci angielskiego i pomagali miejscowym budować społeczeństwo obywatelskie. Dziś pracuje w bakijskim oddziale zachodniego banku mikrofinansowania.

Jako wolontariusz John mieszkał przez pół roku u azerskiej rodziny. Tak się złożyło, że jego gospodarzem był szef lokalnych władz Xaçmaz. Oficjalnie stanowisko to pochodzi z wyborów, ale burmistrz Xaçmaz pochodzi z Nachiczewania, jest zaufanym człowiekiem prezydenta i zachowuje się w miasteczku jak udzielny władca. Gdy chce wyremontować ulicę zwraca się do właścicieli sklepów na tej ulicy. Każdy handlowiec płaci daninę dostosowaną do rozmiaru interesu, który prowadzi. Jeśli protestuje drzwi jego sklepu ryglowane są od zewnątrz, opatrywane plombą i otwierane dopiero gdy zmieni zdanie.

- Najgorsze jest to, że nikt nie jest w stanie się sprzeciwić. Tutejszym ludziom wydaje się, że jeśli powiedzą głośno o korupcji, stracą to co mają. Wydaje im się, że pensje, odszkodowania, czy miejsce w szpitalu dostają nie dlatego, że im się to należy, bo płacili całe życie podatki, tylko dlatego, że raz dali łapówkę – ubolewa John.

Gospodarz Amerykanina nie obnosi się ze swoim bogactwem. - Ma skromny dom. Cały majątek lokuje w działki pomiędzy  Xaçmaz a wybrzeżem morza Kaspijskiego. I choć kupuje je na nazwiska członków rodziny, wie o tym całe miasteczko.

Wyżsi urzędnicy są bardziej ostentacyjni. Luksusowe domy, samochody. Sam prezydent ma 23 rezydencje. Gdy osłupiali dowiedzieliśmy się o tym i powiedzieliśmy znajomemu Azerowi, że prezydent Polski ma tylko trzy, Azer odparł bez cienia zdziwienia: - U nas jest ropa i nasz prezydent ma 23 rezydencje. U was nie ma i wasz ma trzy.

W Azerbejdżanie luksusy, w jakie opływa władza, traktowane są najnormalniej w świecie. Dziwią i gorszą tylko cudzoziemców.

- Nie zdawałem sobie sprawy, że można być tak pazernym – tłumaczył John. - Ile można kraść? U nas polityk, który by jeździł samochodem za 150 tys dolarów na rządowych numerach zostałby chyba zastrzelony po dwóch tygodniach – śmieje się Amerykanin.

16:42, wysokieobcasy_redakcja , Azerbejdżan
Link Komentarze (1) »
Kaukaska Jerozolima

- Szalooom! - krzyczały do nas trzy stare kobiety. Kiedy odkrzyknęliśmy „szalom”, przywołały nas gestem. Najstarsza i najgrubsza z nich siedziała na położonej na chodniku szerokiej poduszce. Dwie młodsze na plastikowych krzesłach ustawionych na ulicy.

 - Z Izraela? - zapytały po rosyjsku, gdy podeszliśmy bliżej.

 - Nie, z Polski.

- Żydzi?

- Nie.

- To nic, to nic. Siadajcie.

herbatka

Usiedliśmy z nadzieją, że dowiemy się czegoś o historii miasteczka. Znajdowaliśmy się w jednej z nielicznych osad Żydów Górskich, w azerbejdżańskiej Krasnej Swobodzie, niegdyś zwanej Kaukaską Jerozolimą.

Jednak na większość naszych pytań kobiety albo nie chciały, albo nie potrafiły odpowiedzieć.

- A za komuny działały synagogi?

- Nie wiem, w synagodze zapytajcie – poradziły nam, choć musiały przecież pamiętać, jak było.

Okazało się, że dziadek jednej z nich przyjechał tu z Iranu. Ale kiedy i dlaczego, nie umiały wyjaśnić. Próbowałam ustalić, jakim językiem mieszkańcy Krasnej Swobody mówią między sobą.

- Żydowskim – padała za każdym razem odpowiedź.

- Ale jakim żydowskim? Jidysz? Po hebrajsku? - nie dawałam za wygraną?

- Co? - nie rozumiejąc o co mi chodzi, dziwiły się. - No po żydowsku.

Straciłam nadzieję, że dowiem się, co to za żydowski, którym komunikują się azerbejdżańscy Żydzi Górscy, gdy nagle usłyszałam: „Czaj mechorand?”. To kobiety zastanawiały się, czy zaproponować nam herbaty. Zagadka się rozwiązała. Mówiły do siebie po persku.

Żydzi Górscy żyją na terenie dzisiejszego Azerbejdżanu od kilkuset lat. Wierzą, że są potomkami Żydów, którzy uciekli tu z babilońskiej niewoli. Jednak bardziej prawdopodobne jest, że ich przodkowie przybywali na Kaukaz stopniowo – od średniowiecza po XIX wiek – z Persji. Z miejscową ludnością byli raczej w dobrych stosunkach. Za to kolejni najeźdźcy próbowali ich unicestwić. W połowie XVIII wieku Kaukaz najechał szach perski Nadir. Zniszczył wiele żydowskich osad, zmuszał ich mieszkańców do przejścia na islam. W „Łaskawych” Jonathan Little opisuje, jak hitlerowcy zastanawiali się, czy kaukascy Żydzi Górscy to rzeczywiście Żydzi i czy wobec tego mają podlegać eksterminacji. Sprowadzono nawet antropologa z Berlina, ale żadnych decyzji ostatecznie nie podjęto, bo przyszła ofensywa Armii Czerwonej, która wygnała Niemców z Kaukazu.

Dziś Krasna Swoboda, położona po drugiej stronie rzeki, naprzeciwko miasteczka Quba w północnym Azerbejdżanie, jest główną atrakcją turystyczną regionu. Działają tu trzy synagogi.

ulica

- Żydowskiego uczą w miejscowej szkole. Po godzinie tygodniowo – opowiadały nasze panie dolewając herbaty. Po kilku minutach zaczęły otwierać się drzwi sąsiednich domów uliczki. - „Ahle kodżoand?” [skąd są?]- pytały raz po raz kolejne sąsiadki. Nasz syn Witek został nakarmiony donoszonymi z rożnych kuchni ciastkami oraz kotletem w bułce.

- Żydowski - zapewniała ofiarodawczyni.

Przyjechał azerski handlarz owoców. Długo kłócił się z kobietami o pół manata. Gdy wreszcie dobili targu, dosiadł się i także został poczęstowany herbatą. Rozmowa toczyła się tym razem po azersku, ale zrozumiałam z niej tyle, że Bóg jest jeden.

Pełna sielanka dobrosąsiedzkiego współżycia. Jak w sztetlu gdzieś pod Rzeszowem albo Witebskiem. Tylko, że w Krasnej Swobodzie jest szansa, że idylla przetrwa. Od ponad stu lat trwa krwawy konflikt azersko-ormiański, w którym Ormianie i Azerowie urządzają pogromy sobie nawzajem. Całemu złu w Azerbejdżanie winni są Ormianie (a w Armenii Azerowie). Żydzi zostali zwolnieni z roli kozła ofiarnego, ale sam mechanizm działa znakomicie.

10:32, wysokieobcasy_redakcja , Azerbejdżan
Link Komentarze (2) »
niedziela, 18 października 2009
Cywilizacja odeszła razem z Rosją

plac niepodleglosci

Sprzątanie na taszkenckim placu Niepodległości (d. Lenina). W tle pomnik gigantycznej kuli ziemskiej z konturami Uzbekistanu, który zajmuje prawie całą półkulę. Monumentalna architektura placu odziwerciedla sen o potędze prezydenta Islama Karimowa 

- Polacy. A czemu wy, Polacy, tak Rosjan nie lubicie, co? - Zaczepnie zagadnął nas uzbecki celnik na granicy z Tadżykistanem. - Wyzwolili was spod okupacji niemieckiej, a wasz prezydent próbuje historię zmieniać. Że to niby ZSRR was napadł.

Na początku podróży w ogóle bym nie zareagowała na tę idiotyczną zaczepkę. To była jednak kilkunasta uwaga w tym stylu. Zaczęłam opowiadać o pakcie Ribbentrop – Mołotow, o 17 września. Mój mąż wspomniał o dziadku wziętym do niewoli przez Armię Czerwoną. Roztoczyliśmy przed Uzbekami nawet plastyczną wizję sowieckich żołnierzy częstujących niemieckich kolegów biełomorami (widzieliśmy takie zdjęcie w sierpniowym numerze tygodnika „Nowoje Wremja”). Wszystko na nic. Celnicy nadal uważali nas za czarnych niewdzięczników.

- A co wy tak tych Rosjan bronicie? - zapytałam w końcu. - Zagrabili wasze państwa. Podbili Emirat Buchary. Chanat Kokandu, gdy za bardzo się opierał, całkiem zlikwidowali. Potem, już jako bolszewicy, prześladowali wasze elity. Wsadzali waszych działaczy narodowych do więzienia. W meczetach urządzali magazyny i spichlerze. Zmienili wam alfabet, odcięli was od najcenniejszego dorobku waszej kultury – wymieniałam, myśląc, że to osłabi nieco ruso i sowietofilię uzbeckich urzędników.

- Bardzo dobrze, że Rosjanie zniszczyli Emirat Buchary – przerwał mi jeden z nich. - To był niewolniczy system – włączyła się jego koleżanka. - Po co nam te elity?! Dobrze, że dzięki Rosji pozbyliśmy się tego ucisku. A w Związku Radzieckim każdy prosty człowiek mógł żyć spokojnie i się bogacić. I miał szansę, bo nie wyzyskiwał go żaden feudalny pan – krzyczeli w uniesieniu, jak na zebraniu Komsomołu.

Kłóciliśmy się jeszcze kilka minut. Oni wysławiali ZSRR i Putina, my ganiliśmy błędy i wypaczenia marksizmu-leninizmu i putinizmu. Cała dyskusja odbywała się oczywiście po rosyjsku. Ale nawet i to nie przekonało Uzbeków, że my Polacy nie pałamy  dziką nienawiścią do Rosjan i nie brzydzimy się wszystkim co rosyjskie. 

„Co za zaślepienie!” - mrucząc do siebie wyszliśmy z posterunku granicznego. Prosto na postój taksówek w stronę Samarkandy. Za Sojuza jeździły tam państwowe autobusy z tadżyckiego Pendżykentu. I żadnej granicy nie było.  

Zaczęliśmy gadać z taksówkarzami. Tymi starszymi, bo oni tylko mówili po rosyjsku. Wszyscy wiedzieli coś o Polsce. Każdy miał dużo do powiedzenia na temat naszych miast. Szczególnie dobrze im znane były: Szczecin,Góra Kalwaria i Borne Sulinowo.

Do Samarkandy pojechaliśmy jednak z jakimś młodzikiem. Po rosyjsku nie znał ani słowa, o Polsce nie słyszał, całą drogę milczeliśmy.

Schemat z postoju taksówek powtarzał się wielokrotnie w czasie naszej podroży po Azji Środkowej. Najczęściej, gdy mieliśmy do czynienia z młodymi ludźmi, rozmowa się nie kleiła,bo nasi rozmówcy nie mieli nic interesującego do powiedzenia. Nie znali świata – wielokrotnie padały pytania w stylu czy Chirac jest prezydentem Polski, albo czy naszym rodzimym językiem jest niemiecki. Nie znali też własnego kraju, albo nie potrafili opowiadać o nim.

Za to ludzie urodzeni i wykształceni jeszcze za ZSRR zasypywali nas niesamowitymi historiami. Wiedzieli dużo o Polsce i o Europie, mieli swoje zdanie na temat polityki. I choć często mówili jakby cytowali sowiecką propagandę, widać było, że ich horyzonty sięgają znacznie dalej niż horyzonty ich dzieci.

Za ZSRR wszyscy odebrali staranne, choć zideologizowane wykształcenie. Mężczyźni służąc w radzieckiej armii poznawali świat, stykali się z innymi ludźmi. Dzisiejsze pokolenie środkowych Azjatów ma już do dyspozycji tylko własną ciasną republikę. Z dyktatorskimi rządami i skorumpowanym systemem edukacji, gdzie przejście na kolejny rok kupuje się za pieniądze. Dla młodych jedynym oknem na świat jest wyjazd do pracy w Rosji. Ci którzy tego nie doświadczyli nie mają pojęcia, że życie może wyglądać inaczej niż w ich kiszłaku.

Wszystkie kraje Azji Środkowej sprawiają wrażenie jakby ich rządy, dopuściwszy do upadku cywilizacji radzieckiej, próbowały stworzyć jej własne, gorsze kopie. W niektórych miejscach zupełnie zanikł transport publiczny, niegdyś asfaltowe drogi zieją głębokimi dziurami. Za to na każdym rogu stoi banner z cytatem z prezydenta lub jego podobizną.

 Stara sowiecka architektura niszczejąca na każdym kroku nosi znamiona fantazji, często nawiązuje do miejscowych tradycji. Niestety na jej miejsce wyrasta coraz więcej szkaradnych, gigantycznych konstrukcji o absurdalnych proporcjach. Nie pasują do otoczenia, nie mają nic wspólnego z lokalnym zdobnictwem, hołdują tylko gigantomanii środkowoazjatyckich władców.

Do zeuropeizowanych niegdyś radzieckich stolic poszczególnych republik wdziera się Azja. Dla zrusyfikowanego pokolenia jeszcze sowieckiej inteligencji to powód do ciągłych utyskiwań. Wielki gar z gotującym się na ulicy płowem to dziś częsty widok na blokowiskach Taszkentu czy Duszanbe. - Zdarza się nawet, że i barana na podwórku zarzynają, a potem wieszają go na klatce, żeby krew odciekła – opowiadała mi zgorszona Rosjanka Irina o swoich kirgiskich sąsiadach z Biszkeku.

Dawna, niewątpliwie wielka i godna podziwu kultura Azji Środkowej podupadła jeszcze na długo zanim pojawili się w tym regionie Rosjanie. Elity, które mogłyby przekazać jej ostatki kolejnym pokoleniom, zostały skutecznie wykończone przez stalinowskie czystki.

Rosjanie stworzyli w regionie nową kulturę, europejską z elementami tutejszego folkloru. Wprowadzili standardy cywilizacyjne. Darmową edukację, opiekę zdrowotną, emerytury i komunikację publiczną. Dziś, 18 lat po upadku ZSRR, żadne z tych dobrodziejstw nie jest dostępne. O zbrodniach bolszewików mało kto pamięta, bo nie mówi o tym ani miejscowa propaganda ani wciąż oglądana w regionie rosyjska telewizja, a ich ofiary dawno nie żyją. Za to wszyscy widzą, że nowy system budowany w państwach Azji Środkowej przez ich władców jest jeszcze gorszy niż sowiecki. Tak samo niedemokratyczny, ale bardziej niesprawiedliwy, tandetny i bezmyślny.

Rozmyślając o tym wszystkim inaczej odbieram słowa uzbeckich pograniczników. Ich dziwne z polskiego punktu widzenia bezkrytyczne uwielbienie dla Rosji jest całkiem zrozumiałe. W Uzbekistanie, Tadżykistanie, Kirgizji i Kazachstanie Rosja to cywilizacja. To teatr opery i baletu, dobra, bezpłatna szkoła, która najzdolniejszym uczniom otwierała drogę na moskiewskie i leningradzkie uniwersytety. A dziś Rosja to jedyna możliwość, by wyrwać się z beznadziei bezrobocia, zamkniętych fabryk i nienawadnianych pól.

13:31, wysokieobcasy_redakcja , Uzbekistan
Link Komentarze (6) »
środa, 14 października 2009
I Swierdłowsk może być rajem

nilufar Nilufar z corka

- Byłam w Rosji, w Swierdłowsku – zagadnęła mnie dziewczyna we wspólnej taksówce myśląc, że jestem Rosjanką. - Oj, jak tam mi się podobało, jak jeszcze chciałabym tam pojechać.

Nigdy nie byłam w Jekaterynburgu, jak dziś oficjalnie nazywa się Swierdłowsk, ale zachwyt młodej Tadżyczki wydał mi się lekko przesadzony. Sądząc z tego, co pisze o Jekatertnburgu mieszkająca tam rosyjska pisarka Irina Dzienieżkina, niczym nie rożni się on od wielu innych rosyjskich miast. Brudne bloki, skwerki pełne pijaków i babuszek zbierających po nich butelki od piwa, by dorobić do niskiej emerytury. Kilka nudnych knajp. Rosyjska młodzież na ogół marzy by wyjechać z takiego miasta do Moskwy, albo najlepiej do Londynu.

Do Swierdłowska zabrał Taronę, moją znajomą z taksówki, mąż. Pracował tam przez kilka miesięcy na budowie i bał się pewnie zostawiać młodą żonę pod opieką własnej rodziny w wiosce Zarawszan, na północy Tadżykistanu. Poznali się niedługo wcześniej.

- W dzień ślubu – wyjaśnia mi Tarona. - U nas, w kiszłakach to normalne. Śluby z miłości się nie zdarzają. Rodzice znajdują dziewczynie męża, najczęściej syna znajomych albo krewnych. Gdy on przychodzi do rodziny, przedstawić się i porozmawiać, jego narzeczona nie ma prawa być przy tym. Mojego męża zobaczyła moja siostra. Na ulicy, gdy już wyszedł od nas. „Ładny. I ma samochód”, powiedziała mi. Rzeczywiście, od razu mi się spodobał. To on, proszę zobaczyć - Tarona pokazuje mi książeczkę wojskową i paszport ze zdjęciem młodego chłopaka. Jedzie do urzędu w Ajni, centrum rajonu, załatwić mężowi coś w dokumentach. Samego męża nie widziała od lata. On teraz pracuje w Duszanbe, a ona mieszka z teściową i ich dwuletnim synem w Zarawszanie.

Tarona czeka, aż mąż sprowadzi ją do Duszanbe. Ma to zrobić jak tylko znajdzie odpowiednie mieszkanie. Dziewczyna liczy, że w stolicy sama także zacznie pracować. Skończyła szkołę, płynnie mówi po rosyjsku, co jest rzadkością wśród młodych tadżyckich kobiet na wsi.

- Mój tata nie chciał, żebym pracowała. Ale mój mąż się zgadza – tłumaczy mi dziewczyna.

Z opowieści Tarony wydaje się, że jej mąż jest bliski ideału. Już samo to, że zabrał ja ze sobą do Rosji, świadczy, że zależy mu na dziewczynie. Setki tysięcy tadżyckich dziewcząt nie miały tego szczęścia. Miesiącami, a nawet latami mieszkają u teściów, gdy ich mężowie zarabiają na lepsze życie w Rosji.

Nilufar ma dopiero 21 lat i już dwójkę dzieci. Młodszej córki ojciec jeszcze nie widział. Pracuje w wietnamskiej fabryce keczupu pod Moskwą i nie stać go na częste wizyty w Tadżykistanie. Przyjedzie dopiero w listopadzie, choć córka urodziła się w lipcu.

W tym samym domu co Nilufar mieszka jeszcze druga młoda dziewczyna – Nargez. Jest żoną drugiego z braci. Ledwo skończyła szkołę. Nie ma jeszcze dzieci. Cały pokój, w którym siedzimy z jej teściami, wyłożony jest jej posagowymi tuszakami – kolorowymi materacami. Tadżyckie dziewczęta szyją je całą młodość, by potem wnieść jako dar do domu męża.

Ani Nargez ani Nilufar nie siedzą z nami tylko usługują. Donoszą herbaty, podsuwają tacę winogron. Zaczynam rozumieć Taronę, chyba też wolałabym Swierdłowsk.

 

 

10:31, wysokieobcasy_redakcja , Tadzykistan
Link Dodaj komentarz »
piątek, 09 października 2009
Prezydent Tadżykistanu stawia na islam

Emomil Rahmon nie dość, że od 17 lat rządzi Tadżykistanem, zajmuje się także pisaniem książek. Popełnił już 5 tomowe dzieło o ustanawianiu pokoju w kraju i opasłą księgę „Tadżycy w lustrze historii”. Teraz spragnieni czytelnicy (na całym świecie, bo prace od razu zostały przetłumaczone także na angielski, rosyjski i arabski) będą mogli się zapoznać z trzema kolejnymi książkami prezydenta. Wszystkie dotyczą Imama A'zama zwanego inaczej Abu Hanifą.

Bohater prezydenckich książek był islamskim filozofem i prawnikiem. Znany jest jako założyciel jednej z czterech sunnickich szkół prawnych, zwanej od jego imienia hannaficką. Z pozoru zainteresowanie głowy państwa tym odległym myślicielem zakrawa na ekstrawagancję. Jednak Rahmon, były dyrektor kołchozu, człowiek umiejący liczyć i twardo stąpający po ziemi, wiedział co robi zaprzęgając cały wydział filozofii duszanbińskiego uniwersytetu państwowego do napisania swoich trzech książek.

Szkoła hanaficka jest najpopularniejszą i najliberalniejszą ze szkół prawniczych islamu. Cała Azja Środkowa, a także Turcja i część muzułmanów w Indiach i Pakistanie wyznają islam hannaficki. Zezwala on na modlitwy w rodzimych językach oraz tłumaczenie koranu i dlatego tak bardzo rozpowszechnił się wśród nie arabskich uczniów proroka Mahometa.

Rahmon czyniąc rok 2009 rokiem upamiętnienia dzieła Imama A'zama odebrał argumenty rodzimym fundamentalistom, ubiegł arabskich prozelitów, którzy od dawna wmawiają środkowym Azjatom, że przez lata sowieckiej władzy zapomnieli jak należy czcić Allaha, i podlizał się Amerykanom.

Przesłanie, jakie przekazuje wszystkim prezydent Tadżykistanu w 1310 rocznicę urodzin Abu Hanify jest proste. Po co słuchać nauczycieli z Arabii Saudyjskiej i własnych wahabitów (tak w b. ZSRR nazywa się wszystkich rzeczników salafiji, czyli odnowy islamu w duchu fundamentalistycznym) skoro mamy własnego, kochanego imama z jego humanistycznym, liberalnym islamem.

- I biedny Muhiddin [Kabiri, przewodniczący Islamskiej Partii Odrodzenia, jedynej liczącej się opozycyjnej partii w Tadżykistanie] został jak generał bez armii – podsumowała sytuację Saodat Olimowa, tadżycka socjolog. - Po co partia islamska, która upomina się o poszanowanie własnych tradycji religijnych, skoro prezydent robi to znacznie skuteczniej, z większym rozmachem i splendorem? A Muhiddinowi zostały te jego nieszczęsne wartości demokratyczne, apele o pluralizm polityczny i uczciwe wybory. Tego tu i tak nikt nie rozumie i nie wie, o co much chodzi – gorzko uśmiechając się dodała Saodat.

Kiedyś prezydent Rahmon z uporem podkreślał, że islam jest tylko jedną z wielu tradycji religijnych Tadżykistanu. Wspominał buddyjskie stupy na południu kraju i przy każdej okazji przypominał, jak ważna dla rodzimej kultury jest filozofia zoroastryjska, chrześcijańska. Gdy walczył przeciw opozycyjnej koalicji złożonej między innymi z Partii Islamskiej był zaciekłym orędownikiem świeckości państwa (której notabene Partia Islamska nigdy oficjalnie się nie sprzeciwiała).

Dziś konstytucja kraju nadal gwarantuje świeckie państwo, ale prezydent kazał do niej wstawić wzmiankę o islamie hannafickim, jako podstawowej religii Tadżykistanu. - Stąd już tylko krok do prześladowania innych wyznań – uważa Saodat Olimowa.

Przeistaczając się z sowieckiego antyislamisty w muzułmańskiego liberała Rahmon poszedł na rękę Amerykanom. Wszak o taki liberalny, łagodny i humanitarny islam w regionie właśnie biją się ich żołnierze w sąsiednim Afganistanie. Rahmon teraz może być świetną przeciwwagą dla fanatycznych talibów i ich nauczycieli z medres pakistańsko-afagńskiego pogranicza. Z imagem sowieckiego aparatczyka na przykład dla Afgańczyków się nie nadawał.

Po raz kolejny chytry lis z Kulabu przechytrzył wszystkich. Osiągnął duży efekt małym kosztem. Najpierw w stołecznych autobusach zawisły plakaty sławiące Imama A'zama. Kolorowe połacie A3 zapisano drobnym drukiem historią życia imama. Pasażerowie mogli się z nich dowiedzieć, że ten urodzony w 699 roku w Kufie (dziś w Iraku) myśliciel był nie tylko założycielem największej szkoły prawnej islamu, ale także, że był Tadżykiem (!). A to dlatego, że ojciec mistrza, niejaki Sobit, pochodził podobno z Kabulu.

I tak prezydenccy eksperci nie tylko odebrali argumenty islamistom, ale także dolali trochę nacjonalistycznego sosu, którym od dawna ociekają wystąpienia prezydenta Rahmona. Widziałam już, że nie tylko Rudaki i Awicenna ale także Ferdausi, Omar Chajjom i Saadi wielkimi poetami tadżyckimi byli, jednak wiadomość o tadżyckości Abu Hanify trochę mnie zaskoczyła. Kupiłam sobie nawet w miejscowej księgarni broszurkę o nim wydaną w 1999 roku, jeszcze zanim prezydent wpadł na to, by stał się on jedną z postaci flagowych Tadżykistanu. W niej jest wzmianka o ojcu z Kabulu, ale Tadżykiem Imama A'azama autor jednak nie nazywa.

Kiedy już mieszkańcom stolicy utrwaliła się wiedza o wielkim Tadżyku – twórcy szkoły hannafickiej, prezydent zwołał upamiętniającą jego dzieło konferencję. Do Duszanbe z całego świata islamskiego, a także z Rosji, Białorusi, Niemiec, Austrii itd., zjechali uczeni mężowie. Gdy luksusowe autokary woziły ich po całym mieście, stawał ruch na ulicach, a państwowe radio nadawało po kilka godzin na dobę transmisję z obrad na żywo. Zamknięto nawet część bazaru, tak jakby mułłowie z Afganistanu, Turcji czy Pakistanu, nie byli przyzwyczajeni do widoku handlujących przekupniów.

5 października konferencja oficjalnie się zakończyła. Wczoraj z ulic zbierano sławiące ją banery z flagami wszystkich krajów uczestników. Teraz prezydent Rahmon może spokojnie przystąpić do zbierania owoców swej ciężkiej pracy. W przyszłym roku są w Tadżykistanie wybory parlamentarne. Być może, dzięki wytężonym wysiłkom swego lidera, świeżo nawróceni na islam posłowie Ludowo -Demokratycznej Partii Tadżykistanu zajmą tym razem nie 75 a z 90 procent miejsc w parlamencie.

sprzatanie

po obradach

Sprzatanie bannerow po konferencji upamietniajacej Abu Hannife. Na dole uczestnicy konferencji przed hotelem Awesto w centrum Duszanbe, z nimi plakat reklamujacy obrady

10:18, wysokieobcasy_redakcja , Tadzykistan
Link Komentarze (1) »
czwartek, 08 października 2009
Tadżycko – uzbeckie Hassliebe


- Która godzina, już dziewiąta?- pyta mnie gruba wieśniaczka z prawej. Stoimy tak blisko siebie, że mogę dokładnie policzyć włoski na jej szerokiej, ogorzałej twarzy. Staruszek w turbanie napiera na mnie od tyłu wbijając mi łokieć pod żebra. Jego z kolei popycha złoto-zęby czterdziestolatek, który przez komórkę relacjonuje koledze: - Teraz jest z pięćdziesiąt osób... Nie jeszcze nie wpuszczają, ale zaraz powinni otworzyć... Jak po odbiór, to dajesz paszporty ze wszystkimi, a potem wyczytują po nazwisku. Po obiedzie powinniśmy dostać... Dobra, jak chcesz – krzyczy mieszając uzbeckie, tadżyckie i rosyjskie słowa.

Kilkanaście minut po 9 rygiel po drugiej stronie blaszanej bramy wreszcie drgnął. Jak tylko ochroniarz uchylił furtkę, tłum oczekujących wtargnął na dziedziniec ambasady Uzbekistanu i dalej, na schody prowadzące do konsulatu.

- Pchajcie się, kochani pchajcie. Inaczej nie wejdziecie – radzi mi wieśniaczka. Wie co mówi. Bywa tutaj co najmniej kilka razy w roku. - Nam wizy dają tylko na miesiąc. Kosztują 8 dolarów, tyle samo co dla innych obywateli Tadżykistanu. Nie ma żadnych ulg, żadnych ułatwień. I jeszcze tak nas traktują – żali się. - Gdybym spotkała obu prezydentów naraz, poskarżyłabym im się jak to wygląda.

- Na pewno by słuchali – drwi z niej pod nosem młody chłopak z tłumu.

Kobieta jest Uzbeczką. Mieszka w regarskim rajonie (d. Regar, dziś Tursunzade), kilkadziesiąt kilometrów na zachód od Duszanbe. W Uzbekistanie, pod Samarkandą, o 50 kilometrów od tadżyckiej granicy, żyją jej rodzice, siostra i córka. Teraz jedzie na jej ślub. Musi dziś złożyć podanie. Na wizę czeka się 7 dni roboczych, ślub jest w przyszłym tygodniu, więc jeden dzień zwłoki oznacza, że nie dostanie dokumentu na czas.

- Kiedyś spotkałam tu dwójkę młodych ludzi. Rodzeństwo. Właśnie umarł ich ojciec. Błagali, żeby wydali im wizę od ręki. [Muzułmanie chowają zwłoki w ciągu tej samej doby, w której nastąpiła śmierć]. „Przyjdźcie po 11”, powiedziała im urzędniczka. Dziewczyna zaczęła płakać, że nie zdążą pochować ojca. „No właśnie, nie zdążycie. To po co wam w ogóle wiza”, tak im powiedziała. Sama słyszałam – wspomina wzburzona.

Większość stojących w kolejce po wizy to tadżyccy lub uzbeccy wieśniacy jadący w odwiedziny do rodziny. Po obu stronach uzbecko-tadżyckiej granicy mieszkają i Tadżycy i Uzbecy. Uzbeków w Tadżykistanie jest ponad dwadzieścia procent. Ile jest Tadżyków w Uzbekistanie nie wiadomo. Oficjalne statystyki tego kraju twierdzą, że kilkaset tysięcy. Ale Tadżycy uważają, że kilka razy więcej.

- Tadżykom kazali się zapisywać jako Uzbecy. Jak tworzyli naszą republikę, to na ziemiach, które zostały w Uzbeckiej SRR żyło nas więcej niż na terytorium włączonym do Tadżyckiej SRR. Teraz w samym Tadżykistanie żyje prawie 5 milionów Tadżyków. Nie trudno policzyć ilu powinno być w Uzbekistanie. Sam Karimow (prezydent Uzbekistanu) jest Tadżykiem z Samarkandy, tylko się do tego nie przyznaje – zapewniał nas pewien znajomy Tadżyk.

Ilu by nie było Tadżyków i Uzbeków po obu stronach granicy, wymaganie od nich, by za każdą wizytą u krewnych załatwiali nowe wizy i zamykanie im na tygodnie granicy jest absurdalne. Uzbecki rząd skarży się, że z Tadżykistanu przenikają na ich terytorium fundamentaliści z Islamskiego Ruchu Uzbekistanu. Pod tym pretekstem już wiele lat temu kazał zaminować granicę. Dla Tadżyków, to tylko kolejny dowód na to, że Uzbecy marzą o wyeliminowaniu z powierzchni ziemi wszystkich perskojęzycznych. Oficjalna tadżycka historiografia budowana jest na kontrze do uzbeckiej. Najpolularniejszą książką historyczną w Tadżykistanie jest utwór „Historia rozdzielenia toporem” (Istorja topornogo rozdelenija) Rahima Masowa. Opowiada o uzbecko-sowieckim spisku, w wyniku którego Samarkanda i Buhara znalazły się poza granicami Tadżyckiej SRR.

- Uzbecy zawsze chcieli nas zniszczyć. Stłamsić nasza kulturę i prawie im się to udało – mówiła mi całkiem serio Pani Dżurajewa, Pamirka, żona byłego kandydata na prezydenta Tadżykistanu Dawłata Chudonazarowa. - Przez 50 lat rządzili nami ci wstrętni Leninabadcy. To nie są prawdziwi Tadżycy, to Uzbecy. Nie mogłam słuchać, gdy przemawiał w telewizji ten stary alkoholik Machkamow (ostatni przywódca Partii Komunistycznej Tadżykistanu, faktycznie, jak wszyscy powojenni pierwsi sekretarze pochodził z Leninabadu). Co chwila wtrącał uzbeckie słowa. Wszystkie publiczne rozgłośnie nadawały ten uzbecki chłam, tę ich obrzydliwą muzykę. Teraz jest inaczej. I choć tak samo nie znoszę tego prostaka Rahmona (obecny prezydent, pochodzi z południowego Kulabu), to jednak muszę przyznać, że jest prawdziwym Tadżykiem. Za jego czasów odżyła nasza tradycyjna muzyka, wróciły do mody nasze kolorowe tubitejki, a nie tylko te wstrętne czarne uzbeckie, fu – pluła prawie z obrzydzenia.

Muzyka, która odżyła dzięki Rahmonowi to tradycyjne chóralne śpiewy starców na powolną nutę zawodzących: Ej, jore man, ej jore man. Ten tradycyjny zwrot używany był w klasycznej poezji perskiej i oznacza „mój przyjacielu”. Starcy zwracają się tak do prezydenta Rahmona, dziękując mu za to, jak wspaniale od kilkunastu lat rządzi Tadżykistanem. Sławią jego osiągnięcia niczym Ferdausi opiewał czyny mitycznego Dżamszeda.

Wielu zwykłych Tadżyków woli jednak słuchać na co dzień Uzbeczki Judus Usmanowej. Perypetie małżeńskie tej środkowoazjatyckiej Madonny z równym zainteresowaniem śledzą i w Taszkencie i w Samrakandzie i w Duszanbe.

I nie jedna Usmonowa łączy te narody. Wbrew temu co twierdzą politycy i ideolodzy obu krajów Tadżycy i Uzbecy mają wiele wspólnego. Nie mam co do tego wątpliwości, gdy patrzę na skłębiony tłum pod ambasadą. Rozmowy toczą się na przemian w obu językach. Często ci sami ludzie zaczynają zdanie po tadżycku, a kończą po uzbecku.

Zastanawiam się tylko czemu los bywa tak niesprawiedliwy. Ich sytuacja przypomina mi położenie moich znajomych chłopów ze Spisza. Tamci też od wieków żyli po obu stronach granicy zmieniających się mocarstw. Rożnica jest taka, że dziś Józef Mazurek z polskich Rzepisk może bez żadnych formalności pojechać odwiedzić swą córkę w słowackim Kieżmarku. Natomiast, to, czy pani Gulnara z Regaru zdąży na ślub swojej córki w Samarkandzie, zależy od kaprysu urzędników. A ci co chwila wychylają się przez drzwi konsulatu pokrzykując do tłumu, że jak się nie przestanie pchać to w ogóle zawieszą przyjmowanie interesantów.


kafeinternet

Kafejka internetowa polozona najblizej ambasady uzbeckiej. Codziennie przychodza tu po pomoc tlumy interesantow z konsulatu. Formularze wizowe dostepne sa tylko w internecie i wiekszosc starajacych sie o wizy nie potrafi ich ani znalezc, ani samodzielnie wypelnic

 

uzbecka i pamirska

Witek w uzbeckiej tubitejce, Muslima w Pamirskiej

pamirska tubitejka

Chlopczyk w pamirskiej tubitejce. Nizej Witek w kulabskiej(region na pld Tadzykistanu)

kulabska

 

O tym jak uksztaltowala sie poludniowa granica Tadzykistanu i co z tego wynika dla prostych ludzi przeczytacie na blogu Jakuba Biernata

 

 

06:56, wysokieobcasy_redakcja , Tadzykistan
Link Komentarze (1) »
wtorek, 06 października 2009
Ostatni mudżahedini Tadżykistanu

W lipcu na cmentarzu jednego z kiszłaków doliny Tawildara, we wschodnim Tadżykistanie, przybyło kilka świeżych grobów. Nad każdym zatknięta jest tyczka z zieloną szmatką. To mogiły mudżahedinów, którzy zbuntowali się przeciw rządowi w Duszanbe i próbowali w dolinie wprowadzić własne porządki. 
- Zeszli z tamtego aułu – Rahmat pokazuje wioskę na zboczu góry. Wyczyniali tu jakieś cyrki: zatrzymywali samochody, wymachiwali automatami. Żądali, żeby przyjechał do nich prezydent na negocjacje. Uważaj, bo do ciebie obdartusie prezydent przyjedzie negocjować – Rahmat puka się z politowaniem w czoło.

aul

Aul, z którego zeszli mudżahedini buntownicy

Kiedyś Rahmat nie mówiłby z taka pogardą o mudżahedinach. Pochodzi z Kalaichumu – położonego jeszcze kilkadziesiąt kilometrów na wschód od Tawildary. - Wszyscy byliśmy Wowczyki – przyznał się na początku naszej rozmowy. 
Wowczykami nazywano w czasach tadżyckiej wojny domowej (1992-1997) zwolenników opozycji. Żołnierzy opozycji nazywano - na podobieństwo Afganistanu – mudżahedinami. Jednak tu, inaczej niż u południowego sąsiada, wojna nie toczyła się głównie o ideologiczny kształt państwa, a o to, która z regionalnych grup przejmie nad nim kontrolę. Przeciw mudżahedinom walczyli pochodzący z regionu Kulabu zwolennicy Emomali Rahmonowa (niegdyś przewodniczącego parlamentu, dziś prezydenta Tadżykistanu). Jurczyki, bo tak ich nazywano, wcale nie byli bardziej religijni, czy bardziej tradycyjni niż Wowczyki. Wspierała ich za to rosyjska 201 dywizja zmechanizowana i rosyjskie samoloty, które bombardowały wsie ukrywające mudżahedinów. Wygrali więc wojnę i już kilkanaście lat rządzą Tadżykistanem.

rahman

Kobierzec – portret prezydenta Rahmona w jednym z prowincjonalnych oddziałów państwowego banku Amonat

Wokół Duszanbe rosną nowe, wielkie wille. - To wszystko Kulbacy się budują. Kto trzyma władzę, ten ma pieniądze – objaśniał mi robotnik pracujący przy jednej z nich. Jakby na potwierdzenie jego słów w górę doliny pojechała terenowa toyota z trójką na rejestracji. 3 to Kulab. 
Pozycja prezydenta i jego ziomków jest na tyle silna, że nikt przy zdrowych zmysłach nie sprzeciwia się otwarcie jego władzy. Przestrogą był los Mahmadruzi Iskandarowa. Ten były przywódca opozycji, niegdyś komendant polowy z doliny Rasztu (położonej o jeden grzbiet górski na północ od Tawildary), potem szef opozycyjnej Partii Demokratycznej, został najpierw odsunięty z posady przewodniczącego Tadżikgazu (stanowisko dostał po 1997 roku w ramach 30 proc. kwoty dla opozycji). Rok później wsadzono go na 20 lat do wiezienia „za narkotyki, korupcję i zbrojną próbę obalenia konstytucyjnego porządku”. 
Dziś już śladu nie zostało po opozycji w rządzie i na państwowych posadach. Ci co je zajmowali, albo przestali być opozycją, albo zostali odsunięci. Jednym z ostatnich wyeliminowanych był Mirzo Zio, zwany przez swoich ziomków z Tawildary Mirzo Dżaga. Do 2006 roku był ministrem do spraw sytuacji nadzwyczajnych. Na rządowej posadzie obrósł w tłuszcz. W Tawildarze krążą legendy o jego majątku. - Kilka mieszkań w Dusznbe, w każdym po jednej żonie – wylicza Rahmat. 
Jednak odsunięty minister nie zadowolił się pieniędzmi zgromadzonymi przez lata „państwowej służby” - jak pięknie nazywają w Tadżykistanie pracę na rządowej posadzie. Według źródeł rządowych, zadał się z ukrywającymi się w tawildarskich dolinach handlarzami narkotyków. A ci, to z kolei podobno forpoczta bojowników Islamskiego Ruchu Uzbekistanu wspieranych przez afgańskich talibów. Rządy tadżycki i uzbecki zgodnie twierdzą, że mudżahedini IRU próbują z terytorium Tadżykistanu rozniecać bunt przeciw prezydentowi Karimowowi w uzbeckiej części Doliny Fergańskiej.
W czasie lipcowych zajść Mirzo Dżaga najpierw miał wspierać buntowników, a potem przeszedł podobno na stronę rządu i próbował negocjować ze swoimi niedawnymi sojusznikami. Ci go za to zastrzelili. Taka jest przynajmniej oficjalna wersja wydarzeń. Podważają ją trochę wypowiedzi Mirzo jeszcze z maja. Wtedy, w wywiadzie dla IWPR (Institute for War and Peace Reporting), były minister skarżył się, że milicja utrudnia mu życie ciągłymi kontrolami, rewizjami i wezwaniami na przesłuchania. 
Tak czy siak, Mirzo Dżaga nie żyje. Dwóch jego braci siedzi w więzieniu. Nikt już na poważnie nie traktuje w Tadżykistanie opozycji, którą prezydentowi Rahmonowi udało się sprowadzić do niepoważnych górskich band, albo kanapowych partyjek, bez poparcia w narodzie i bez wystawnych gabinetów, w jakich zasiadają posłowie i senatorowie prezydenckiej Partii Ludowo Demokratycznej Tadżykistanu. 
Z Dusznbe zniknął jeden z ostatnich śladów, który świadczył, że niegdyś opozycja była ruchem masowym. Na bulwarze Rudakiego, na skwerku między główną restauracją w mieście, Czajchaną Rochat, a pałacem prezydenckim, stał niepozorny granitowy kamień. Na nim wykuto napis w trzech językach. Cyrylicą po tadżycku i rosyjsku oraz arabskimi literami po persku: „Pamięci poległych na Placu Męczenników”. To tam na początku lat '90 manifestowali zwolennicy opozycji. Siły rządowe rozpędzały demonstracje ostrą amunicją, twierdząc później, że to strzelali zgromadzeni w tłumie terroryści. Starcia dały początek późniejszej pięcioletniej wojnie domowej. 
Wczoraj chciałam pokazać ten skromny kamień mężowi. W miejscu gdzie spodziewałam się go zastać, rosła tylko trawa. Myślałam, że pomyliłam miejsce. Zaczęłam rozglądać się po skwerku, ale nigdzie nic nie było. W końcu zapytałam przechodniów. - Pomnik? A, zabrali.

miny

Góry w dolinach Tawildary i Rasztu wciąż są zaminowane. W czasie wojny domowej minowały obie strony konfliktu. Dziś rozminowują międzynarodowe organizacje. Na zdjęciu samochód służący do przewozu rozbrojonych min

10:44, wysokieobcasy_redakcja , Tadzykistan
Link Komentarze (1) »
sobota, 03 października 2009
Buchara jak Lwów

- Ty pisałaś coś o Tadżykistanie. Powiedz, czy świat wie o naszej wielkiej narodowej tragedii? - pytał mnie Dżalil pokonując kolejne zakręty koszmarnej dogi Chorog – Duszanbe.
Chodziło mu o decyzję administracji sowieckiej podjętą ponad 80 lat temu. Bolszewicy przejąwszy całkowitą kontrolę nad Azją Środkową postanowili wprowadzić tu nowe porządki. Bojąc się, że rozwijająca się idea panturkizmu zagrozi ich władzy, podzielili dawne Turkiestańskie Gubernatorstwo i ziemie uzyskane po podboju, jeszcze przez Rosję, emiratu Buchary i Chanatu Kokandu na oddzielne republiki narodowe. 
Początkowo Tadżykistanu, jako oddzielnej republiki w ogóle nie było w planach. Tadżycy, jako jedyny nie turecki (a perski) lud regionu mniej obchodzili komunistów. Mimo że językiem urzędowym w Emiracie Buchary był perski, a ponad połowa poddanych była perskojezyczna, Tadżycy od setek lat nie sprawowali władzy politycznej w regionie. Tak jak carat, bolszewicy nie widzieli w tadżyckich elitach rywali dla swego panowania. W ramach Uzbeckiej SRR utworzyli jedynie Tadżycką Republikę Autonomiczną. Jednak gdy w 1929 roku, w wyniku zamachu stanu, władze w Afganistanie przejął Tadżyk, uznali, że stworzenie osobnej tadżyckiej republiki związkowej może przyciągnąć do ZSRR również Afganistan, gdzie Tadżycy stanowili kilkadziesiąt procent ludności.
Długo trwały dyskusje jaki kształt terytorialny ma mieć Tadżycka SRR. To co powstało grubo zawiodło ambicje narodowe tadżyckich komunistów. (Wielu z nich swoją tadżyckość odkryła dopiero, gdy zapadła decyzja o budowaniu oddzielnej republiki). Większość terytorium nowego państwa związkowego stanowiły dzikie góry Pamiru (niegdyś nazywane Wschodnią Bucharą) i mało znaczące gospodarczo i kulturalnie okolice dzisiejszego Kulabu, Kurgantjube i Duszanbe. Na pocieszenie dołączono do nowej republiki kawałek żyznej Doliny Fergańskiej z miastem Chodżent (przemianowanym na Leninanbad). Poza republiką znalazły się dwa największe i najstarsze tadżyckie miasta: Samarkanda i Buchara. 
Tę utratę kolebki swojej kultury, dawnych stolic Samanidów, dziś nazywanych praojcami tadżyckiej państwowości, Tadżycy po dziś dzień uważają za największą tragedię historii. Większą nawet niż niedawna wojna domowa, która pochłonęła kilkadziesiąt tysięcy obywateli tego biednego, małego kraiku. 
Dżalila poznaliśmy w przydrożnej czajchanie (barze) kilkadziesiąt kilometrów za Chorogiem. Z siedmioma kolegami wracali właśnie z chińskiego Kaszgaru. Każdy w nowej chińskiej marszrutce. Kupili je po 4 tysiące dolarów, sprzedadzą z zyskiem w Duszanbe. Na tadżyckich drogach coraz mniej widuje się rosyjskich gazeli, prawie całkiem wyparły je chińskie wysokie, wąskie samochodziki. Bardziej nadają się do wąskich uliczek Pekinu niż na górskie wiraże Pamiru, ale są tanie, więc biedni Tadżycy kupują je coraz chętniej. 
Duma Dżalila i innych Tadżyków z Buchary i Samarkandy jest uzasadniona. Kiedy te miasta rozkwitały, większość europejskich metropolii tonęła w mrokach barbarzyństwa. Dziś, gdy Tadżykistan ze swoją biedą, gigantycznym bezrobociem i profesorami historii remontującymi moskiewskie mieszkania jest synonimem zadupia nie tylko w WNP ale na całym świecie, tęsknota za symbolami dawnej wielkości jest jak najbardziej zrozumiała. 
- I co my mamy pokazać cudzoziemcom, którzy do nas przyjeżdżają? - żalił się Dżalil. - Te suche góry? Bez Samarkandy, Bez Buchary jesteśmy jak dzikusy, którzy nie mają własnej historii. A Uzbecy teraz chwalą się całemu światu naszymi zabytkami. Dobrze by było gdyby choć z 10 procent ludzi na Ziemi wiedziała jaka nam się stała krzywda. - Dżalil, wielki, barczysty chłop miał prawie łzy w oczach.
- Wiesz, 10 procent ludzi to może kiedyś w ogóle słyszało, że istnieją takie miasta jak Samarkanda i Buchara – wypaliłam, ale po chwili zrobiło mi się głupio. Zaczęłam tłumaczyć jak bardzo eurocentryczna jest historia, której uczymy się w szkole. Mogłam mu jeszcze opowiedzieć na pocieszenie historie Wilna i Lwowa, ale zrezygnowałam. Prawda tych miast jest równie skomplikowana jak prawda o historii relacji uzbecko-tadżyckich. A tej dyskusji chciałam uniknąć.

15:38, wysokieobcasy_redakcja , Tadżykistan
Link Komentarze (4) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5
Ludwika Włodek

Wyjechałam w tę podróż, bo mam prawie 33 lata, pięcioletniego syna i dostatnie, mieszczańskie życie, które trochę zaczynało mnie ostatnio nudzić. Od 2006 roku pracuję w „Gazecie Wyborczej”. (Przedtem pisałam doktorat o ideologii narodowej w Tadżykistanie).
Podróżujemy we trójkę (z moim synem Witkiem i mężem Kubą). W Warszawie został niestety mój pies Bajkał, żałuję, że nie pojedzie z nami nad Bajkał.

Partner: INSTYTUT WSCHODNICH INICJATYW