O współpodróżniczkach i współpodróżnikach. Dla wszystkich, którzy lubią postsowieckie klimaty i wierzą, że nie ma nic bardziej fascynującego niż inni ludzie
niedziela, 30 sierpnia 2009
Tajana – Native Siberian

Gdy zobaczyliśmy ją na centralnym placu Kyzyłu, stolicy Tuwy, zastanawiałam się czy to turystka z Japonii, czy miejscowa. Jej  kolorowe ciuchy jakoś odróżniały się od strojów reszty Tuwinek. Kiedy zorientowała się, że obdzwaniamy właśnie lokalne agencje nieruchomości próbując znaleźć mieszkanie na kilka dni, zaproponowała, że wynajmie nam pokój.

- Właśnie wróciłam z Ameryki. Nie mam pracy, potrzebuję pieniędzy – powiedziała prosto z mostu i zaraz przedstawiła się: - Tajana. Tylko nie mylcie z Tatianą. W Rosji mi często w dokumentach „t” dopisują. Głupia Tuwinka, swojego imienia nie umie poprawnie napisać, myślą.

Po pół godziny siedzieliśmy już u niej w kuchni szykując kolację. - Nie mam łyżek, sorry, mąż mi wszystkie gdzieś wyniósł. - Taki garnek wam wystarczy? Inne wyrzucił w czasie remontu. A mówiłam mu, że najpierw nowe trzeba kupić, potem stare wywalać – dogadywała co chwilę Tajana.

Była trzy lata w USA. Studiowała antropologię, a dokładnie „Indian studies”. Rok na Fulbrighcie w Arizonie, a potem jeszcze dwa lata w Idaho. Na ostatni rok przyjechała do niej 12 letnia córka Alina. Mąż został w Kyzyle. Gdy w czasie ostatnich wakacji oświadczyła mu, że chce się rozwieść, postanowił zrobić remont niespodziankę, by ją przy sobie zatrzymać. Faktycznie, mieszkanie całe w chińskim gresie, nowe drzwi, nowe okna, w łazience kosmiczna kabina do masażu wodnego. - Nie pomogło. Ja już zdecydowałam – ucina dyskusję o mężu. - Teraz mnie wszyscy wypytują: „Co, kochanka w Ameryce znalazłaś sobie?”. Nawet cioteczna siostra męża mnie pytała. Akurat jej powiem, nawet jeśli by tak było. W muzeum pracuje, spotkałam ją, jak poszłam do koleżanki o pracę pytać. 7 tys rubli (ok 700 złotych) miesięcznie mi proponują. Przeżyć za to nie przeżyję, ale może wezmę na początek. Tylko po co trzy lata studiowałam, żeby za takie grosze pracować? Gdybym faktycznie kogoś miała w Ameryce, zostałabym tam - śmieje się Tajana, podając mi kuchenną rękawicę. - Tych nad kuchenką nie ruszaj – pokazuje na łapki, z wizerunkiem półnagich młodzieńców. - Ładni, amerykańscy chłopcy, tak dla ozdoby przywiozłam sobie, ale Alinie się nie podobają.

Z Ameryki Tajana przywiozła też indiańskie rysunki, mokasyny i skórzane, wyszywane koralikami woreczki z frędzlami. Do złudzenia przypominają podobne sprzęty należące do eweńskich, buriackich czy tuwińskich szamanów, zgromadzone w krajoznawczych muzeach całej Syberii.

Rozmawiając z nami o Tuwie, Tajana wciąż wtrąca angielskie słowa: cultural genocide, racism. Dla niej analogia jest oczywista. - Co chcesz, kolonizacja wszędzie tak samo wyglądała. Tylko, że Natives w Ameryce mają teraz więcej praw niż my tutaj. Tam odzyskują swoje prawa do wody, do ziemi, a u nas kolonizacja postępuje. Likwidują okręgi autonomiczne [chodzi jej o niedawne zjednoczenie buriackiego agińskiego okręgu autonomicznego z czityńską obłastią], żeby odebrać nam jakiekolwiek możliwości samodzielnego rządzenia się na własnej ziemi. Jak Tuwę w 1944 r do ZSRR przyłączyli, zmuszali nas do przyjmowania nazwisk. Wcześniej Tuwińcy nazwisk nie mieli, każdy wziął nazwisko od nazwy rodu, z którego pochodził. I okazało się, że co trzeci Tuwiniec ma takie samo nazwisko. To kazali zmieniać. Imiona z nazwiskami mylili. Moja babcia była Aja. To ją jako Anna zapisali. Nikt się jej o zdanie nie pytał – podnosi głos Tajana.

Dziś Tuwa rzeczywiście przypomina zapuszczoną kolonię, z której ewakuowali się kolonizatorzy. Rosjanie masowo wyjechali z Tuwy, gdy nastał kryzys lat 90 – tych. Zostawili za sobą ruiny starej cywilizacji i pozwolili miejscowym skutecznie rujnować cywilizację, którą sami próbowali wprowadzić.

Najpierw Ludowa Republika Tanu-Tuwa, formalnie niepodległa, a faktycznie całkowicie zależna od ZSRR, rozprawiła się z własnymi, nielicznymi, elitami. Biografie jej działaczy politycznych dziwnie przypominają losy polityków w całym ówczesnym Sojuzie: „oskarżony o nacjonalistyczne odchylenie i rozstrzelany w 1932”; „aresztowany za szpiegostwo na rzecz imperialistów/Japończyków/burżuazyjnego spisku przepadł bez wieści w 1938” itd. Represjom poddawano też tuwińskich liderów duchowych, lamów i szamanów. Dodatkowe ofiary tuwińskie społeczeństwo poniosło, gdy w 1941 roku władze republiki postanowiło „dobrowolnie” wspomóc ZSRR w wielkiej ojczyźnianej wojnie z niemieckim faszyzmem.

W 1944 roku Tuwę, na życzenie Tuwińców rzecz jasna, przyłączono do ZSRR. - Najpierw przez 20 lat nam tu Sowieci doradzali i brali do siebie na studia co bardziej obiecujących działaczy – tłumaczy Tajana. - Nic dziwnego, że po takim praniu mózgów, zgodziliśmy się ochoczo zostać autonomicznym okręgiem ZSRR.

Ostateczna utrata niepodległości tylko przyspieszyła budowę socjalistycznego społeczeństwa. Tradycyjne więzy społeczne, (te,  którym udało się przetrwać wieki dominacji chińskiej) niszczyła kolektywizacja i związane z nią przesiedlenia ludności.

- Zniszczyli naszą starą kulturę, ale w zamian dali nam nową, bardziej odpowiednią – kpi Tajana. - W Tuwie nie było tańców, więc rosyjscy etnografowie wymyślili nam tańce ludowe, żebyśmy nie czuli się odosobnieni na wszechzwiązkowych festiwalach folkloru. Śmiać mi się chce, jak słyszę, że dzisiejsze zespoły reklamują te swoje popisy choreograficzne jako „tradycyjne tuwińskie tańce”.

Rosjanie postawili też w Tuwie fabryki, pobudowali asfaltowe drogi i bloki. Większość fabryk od 20 lat nie pracuje. - Nawet mleko, w kraju, którego główną tradycją jest wypas bydła, mamy z Krasnojarska, bo połowa miejscowych mleczarni przestała działać - oburza się Tajana.

W całym kraju widać podupadające pamiątki po radzieckim marzeniu o nowoczesności dla wszystkich. Zapuszczone  stołówki, do których o 9 rano wtaczają się pijani już (jeszcze?) w sztok aborygeni; w każdej wsi - stolicy rajonu - rozwalone hotele bez wody i światła, gdzie nocleg, nie wiedzieć czemu, kosztuje tyle co wynajęcie czystego mieszkania w Ułan Ude czy Chabarowsku; obdrapane domy kultury i parki, przypominające raczej wysypiska śmieci.

Na tym tle wydaje się, że lepiej wyszli ci Tuwińcy, których nie dotknęła szczodra ręka rosyjskich cywilizatorów. Żyją nadal w postawionych w stepie jurtach, bez prądu i bieżącej wody. Mężczyźni konno wypasają stada, niegdyś należące do ich rodów, potem sowchozowe, a dziś często znów ich własne. Kobiety w żarnach mielą mąkę, gotują słoną herbatę z mlekiem i odganiają się od wszechobecnych much.

- Zawsze byliśmy dotowaną republiką. Tu nie ma żadnej przyszłości – stwierdza Tajana. - Teraz staram się wyjechać do Kanady. Tam mają bardziej przychylną politykę migracyjna niż w Stanach. Przebiedujemy tu z Alinką z rok i może aplikuję o grant z Toronto na etnograficzne filmy dokumentalne. Chciałabym zrobić coś o Tuwie.

- A nie myślałaś, żeby wyjechać gdzieś bliżej, do Moskwy, albo Petersburga? Tam na pewno antropolog z biegłym angielskim łatwiej znajdzie pracę niż w Kyzyle – pytam ją.

- O nie, dzięki. Jak jadę do Pitra, to mnie rodzice dzieciom palcami pokazują: „O, patrz syneczku, Chinka”, a jak się odezwę: „O, i jak dobrze po rosyjsku mówi”.

jurty Jurta w okolicach miasteczka Ak Dourak

tuwa_zarna Wnetrze jurty, gospodyni miele make w zarnach

pomnik Pomnik tuwinskich ochotnikow, ktorzy zgineli w II wojnie swiatowej,  wies Teeli

03:06, wysokieobcasy_redakcja , Tuwa
Link Komentarze (7) »
środa, 26 sierpnia 2009
Tuwińskie rekreacje premiera Putina

Tuwa, autonomiczna republika na południu Rosji, tuż przy granicy z Mongolią, znana jest z trzech rzeczy. Trójkątnych znaczków pocztowych, które wypuszczała formalnie niepodległa (dlaczego tylko formalnie, wyjaśnię w następnym wpisie) republika Tanu – Tuwa w latach 1921-1944, gardłowego śpiewania i z tego, że umiłował ją sobie jako miejsce patriotycznego odpoczynku Władymir Władymirowicz Putin. U pani Tajany – Tuwinki, która właśnie wróciła do ojczyzny po trzech latach studiów w USA i postanowiła wynająć nam pokój, bo brakuje jej pieniędzy na utrzymanie siebie i 12 letniej córki, mój mąż znalazł stronę wyrwaną z gazety „Centr Azji”, numer z 7-13 sierpnia. Jak głosi napis na winiecie gazety przeznaczona jest ona dla „wszystkich którzy kochają Tuwę i jej mieszkańców”. Artykuł, dla którego pani Tajana postanowiła zachować tę stronę, przytaczam z niewielkimi skrótami. Życzę miłej lektury. My czytaliśmy go sobie na głosy. Przy trzecim razie bawiło nas to tak samo jak na początku. A w tle szumiała rzeka Chemczik (ta sama co w artykule).

DLA CHEMCZIŃSKICH PASTERZY MASKYR-OOŁÓW ZEGAREK I NÓŻ OD PUTINA

To spotkanie było jednym z większych przeżyć w życiu Dukar-ooła Maskyr-ooła, pasterza od pokoleń, z Czaa-Cholskiego rajonu. Wpatrując się w twarz spotkanego na pasterskiej ścieżce człowieka w wojskowej ciemnozielonej podkoszulce, bojówkach i kowbojskim kapeluszu, z początku nie wierzył własnym oczom. „Czyżby to był on? Skąd by tu się wziął? Niesłychane, to jednak on, we własnej osobie”. Tereny w okolicach brzegu rzeki Chemczik, gdzie Maskyr-ooł pasie swoje stado są trudno dostępne, bezludne. Wydarzenie to spotkać kogokolwiek. A spotkać tu premiera Rosji Władymira Putina, to super wydarzenie, równie mało prawdopodobne jak przylot UFO. A jednak w Tuwie premier Rosji czuje się już prawie jak w domu. To szef Ministerstwa ds. Sytuacji Kryzysowych, Sergiej Szojgu [Tuwiniec z pochodzenia] zaraził go pasją do tej republiki w środku Azji. Spławy po górskich rzekach, ryby, wspaniałe pejzaże, cisza i spokój dzikiej przyrody tak spodobały się Putinowi, że w ciągu ostatnich dwóch lat wybrał się tu już po raz trzeci. Wszystkie wizyty były krótkie i nieoficjalne. Także tym razem premierowi udało się wygospodarować tylko jeden pełny dzień i dwie noce. Przyjechał tu w niedzielę, 2 sierpnia wieczorem, z Irkucka, a we wtorek rano odleciał z Kyzyłu [stolicy Tuwy] do Orenburga. Za to w poniedziałek mógł prawdziwie wypocząć. Zatrzymał się w namiocie na brzegu rzeki Chemczik, kilka razy spływał pontonem, kąpał się, sam rozpalał ognisko i zwinnie chodził po drzewach. A w nocy z poniedziałku na wtorek najlepsi tuwińscy artyści dali dla niego godzinny koncert w plenerze. - Odpoczynek premiera Rosji w Tuwie, nawet jeśli krótki, pokazuje, że docenia on przyrodniczo-klimatyczne warunki republiki i jej turystyczny potencjał - zauważył premier Tuwy Szołban Kara-ooł, który, razem z Sergiejem Szojgu towarzyszył Władymirowi Putinowi w jego jednodniowym urlopie. - Nawet na urlopie Władymir Władymirowicz znalazł czas by omówić najważniejsze problemy Tuwy, takie jak kwestie dostaw energii i środki antykryzysowe. Premiera interesowały także problemy ekologii. Przez nikogo nie zaplanowane spotkanie Putina z Maskar-oołem miało miejsce podczas spływu po rzece Chemczik. W czasie jednego z postojów, w bezludnym, górskim miejscu, premier zobaczył stado owiec i pasterza. Zażyczył sobie poznać go osobiście. Zaprosił pasterza do swojego turystycznego namiotu, na herbatę i coś do jedzenia. Tête à tête z Putinem odbyło się za składanym, ale z troską nakrytym stołem. Na białej serwetce podano dania higienicznie owinięte w folię. Dukar-ooł Maskyr-ooł także wykazał się gościnnością. W rewanżu zaprosił Putina do swojego pasterskiego obozowiska. Premier zgodził się bez wahania. Ponieważ do jurty można było dostać się jedynie konno, gospodarz pojechał do siebie i za godzinę wrócił w towarzystwie swojego sprawdzonego pomocnika - syna i dodatkowego konia dla premiera. W swoim obozowisku Maskyr-ooł przedstawił premierowi rodzinę i odpowiedział na jego pytania dotyczące pasterskiego życia. Na odjezdnym Putin obdarował męską część rodziny Myskar-oołów. Na pamiątkę spotkania dał im to, co miał przy sobie. Ojciec dostał myśliwski nóż a syn wodo, wstrząso i kulo odporny zegarek, który premier zdjął z własnej reki. Chłopiec miał szczęście. Teraz będzie nie tylko gwiazdą szkoły ale całej gminy. A jego niezwykłego zegarka – podarunku od premiera - będą mu zazdrościli nie tylko rówieśnicy. Jak opowiadał premier Tuwy Szołban Kara-ooł na Putinie to spotkanie zrobiło ogromne wrażenie: - To właśnie praca takich prostych ludzi jest podstawą tuwińskiej egzystencji. Podsumowując wizytę Putina Kara-ooł zauważył: - Fakt, że Władymir Putin aż trzy razy nieoficjalnie gościł na terenie naszej republiki dowodzi, że premier ma zaufanie do politycznej stabilności naszego regionu.
Nadieżda Antufjewa


Zastanawiam się tylko po jakiemu premier Putin rozmawiał z pasterzem Dukar-oołem. Pasterze, których my spotkaliśmy, mieszkali w jurtach położonych o kilometr od jednej z głównych dróg republiki. Mówili ledwo po rosyjsku. Czyżby Dukar-ooł, z „trudno dostępnych, bezludnych” terenów, gdzie premiera dowożono helikopterem lepiej władał mową Puszkina?

15:38, wysokieobcasy_redakcja , Tuwa
Link Dodaj komentarz »
Ludwika Włodek

Wyjechałam w tę podróż, bo mam prawie 33 lata, pięcioletniego syna i dostatnie, mieszczańskie życie, które trochę zaczynało mnie ostatnio nudzić. Od 2006 roku pracuję w „Gazecie Wyborczej”. (Przedtem pisałam doktorat o ideologii narodowej w Tadżykistanie).
Podróżujemy we trójkę (z moim synem Witkiem i mężem Kubą). W Warszawie został niestety mój pies Bajkał, żałuję, że nie pojedzie z nami nad Bajkał.

Partner: INSTYTUT WSCHODNICH INICJATYW